Hardkon 2011

By Mefi • Relacje • 1 mar 2013

Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Wstaliśmy, spakowaliśmy rekwizyty na Atomic Cthulhu i wyruszyliśmy w drogę na Hardkon 2011. Nie znając drogi wyruszyliśmy z Gdańska w siną dal. Jechało się prosto, łatwo i przyjemnie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, stwierdziliśmy, że miejscówka jest super! Pomieszczenia na larpy? Są. Tereny leśne? Są. Miejsce na ognisko? Jest. Jeziorko? Jest. Czego więcej potrzeba prawdziwemu Larpowiczowi do szczęścia?
Na miejsce dojechaliśmy dosyć wcześnie i większość konwnetowiczów jeszcze spała. Zbudziliśmy jednego z organizatorów i poszliśmy zwiedzić las, w którym mieliśmy prowadzić swojego larpa. Mnóstwo leśnych ścieżek, które tak czy siak prowadziły do ośrodka. Idealne miejsce – nie da się tam zgubić.
Gdy wróciliśmy rozpoczęliśmy rozdawanie kart postaci i rozkładanie rekwizytów. Chwila wyjaśnień przed grą i larp się rozpoczął. Zabrakło nam paru osób do gry, ale ludzie i tak dali radę. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni tym, jak większość ludzie wczuła się w swoje postacie. Japońscy chronoturyści pokazali klasę J. Jeszcze raz dziękuję wszystkim za grę!
Larp się skończył – więc czas na pakowanko i powrót do domu. No ale coś jest w tym miejscu, że nie chciałam go opuszczać. Jednak – jak mus to mus. Ale! Nie tak łatwo się mnie pozbyć! Pokombinowałam trochę i dzień później udało mi się po raz kolejny dojechać na jeszcze dwa dni świetnej zabawy.
Oprócz naszego larpa miałam okazję uczestniczyć też w innych atrakcjach. Było to m. in.: „Ciało” – larp, którego autorami są: Bartosz „Vazon” Łoboda i Bartek „Zioło” Zioło –  ekipa z Wielosferu. Bardzo ciekawa koncepcja, pokazująca, że nawet jeśli wydaje nam się, iż nie robimy nic złego – to możemy się mylić. Zawsze w większym lub mniejszym stopniu przyczyniamy się do zła, które dzieje się wokół nas. Standardowo dostała mi się rola dziecka.
Jeśli chodzi o ekipę Wielosferową miałam okazję oglądać również jeepa „Imigranci”, którego prowadził Jakub „Fingrin” Tabisz. Jak to zazwyczaj się w jeepach dzieje – zarówno grający, jak i widownia – ustaliliśmy kilka faktów, bardzo istotnych dla gry. Wykreowaliśmy postacie i ich charaktery oraz miejsca gry. Istotną rzeczą w tej grze była muzyka. Przed każdą sceną prowadzący puszczał jakąś piosenkę, która podpowiadała graczom w jakim stylu powinni rozegrać daną scenę (jednakże miało to tylko inspirować – zawsze było miejsce na własne pomysły). Oglądając tę grę sama miałam nieziemski ubaw ;).
Na całkiem niezły pomysł wpadł Michał „Mirage” Pepliński (Zardzewiały Topór) i swojego jeepa „Czyja to kwestia?” poprowadził w jeziorze. Jako gracze do dyspozycji mieliśmy kładkę na wodzie o rozmiarach ok. 1,5×1,5m. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że była ona ruchoma i wszyscy wielokrotnie lądowaliśmy w wodzie. Jeep rozpoczął się pojedynkami Kung-Fu. Trochę nietypowe, nieprawdaż? A co więcej! Było to bezdotykowe Kung-Fu! Aby zrozumieć trzeba zobaczyć to na własne oczy J. Do następnych zadań zaliczało się: śpiewanie, przekomarzanie i wszystko co przyszło prowadzącemu do głowy. Więc znów – śmiechu było co niemiara.
Ostatnią (co nie znaczy, że najgorszą) grą, którą tu opiszę jest „Tron Wszechglutodzierżcy”, którą prowadzili organizatorzy całego konwentu. Swoją drogą: kto wpadł na pomysł, aby tak nazwać tę grę? Idzie na niej połamać sobie język! W trakcie tej gry terenowej wcieliłam się w postać goblina – robotnicy, której głównym celem  było zdobycie największej ilości glutków – wszystko oczywiście dla dobra wioski! Bieganie pod i z górki przez bitą godzinę? Ba – moje ulubione zadanie. Tak dobrze bawiłam się unikając goblinów wroga, że nie chciałam ani przez chwilę zmieniać profesji. Wiadomo – co kto lubi, ALE! Terenówki są tym, co tygryski lubią najbardziej!
Z przyczyn ode mnie niezależnych nie mogłam uczestniczyć w większej ilości atrakcji, ani zostać dłużej. W trakcie jedynej nocy, którą tam spędziłam, miałam okazję brać udział w imprezie z okazji urodzin jednej z konwentowiczek. Tak! Mimo iż Hardkon jest imprezą lampową, to nie zapomina się na niej o tak przyziemnych sprawach jak urodziny uczestników. Chłopaki nawet zrobili na miejscu ciasto urodzinowe dla solenizantki J. Sto lat Olu po raz enty! [enty to takie stworzenia leśne - przyp. Mat]
Co było największym minusem tej imprezy? Tyle się na niej śmiałam, że brzuch bolał mnie przez cały następny dzień! Toż to jest jawne znęcanie się nad uczestnikami! A tak na poważnie, to niestety impreza okazała się niezwykle kontuzjogenna. Szkoda marnować słowa na wymienianie wszystkich urazów. Ale wielkie siniaki to najlepsza z możliwych opcji.

Podsumowując – impreza zapadła mi w pamięci bardzo pozytywnie i cieszę się, że mogłam brać w niej udział.

Magdalena Kunicka

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Udowodnij, że jesteś człowiekiem - przepisz tekst z obrazka

Please type the characters of this captcha image in the input box

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>